Autor: Hubert Zdankiewicz (AIP)

2017-06-09, Aktualizacja: 2017-06-09 17:07

Ruud Gullit: "Lewy" w Realu? Dajcie spokój!

- W ostatnim sezonie strzelił aż trzydzieści goli - mówi z podziwem o Robercie Lewandowskim Ruud Gullit, legenda Holandii i AC Milan, niegdyś świetny piłkarz. Odwiedził Polskę, by promować swoją książkę "Jak oglądać piłkę nożną".

Ruud Gullit (ur. 1 września 1962 w Amsterdamie jako Rudi Dil) – holenderski trener i piłkarz. Wybrany Europejskim Piłkarzem Roku 1987 i najlepszym zawodnikiem świata według FIFA w 1987 i 1989. Od 2017 asystent selekcjonera reprezentacji Holandii.

Zacznę od osobistego wspomnienia, bo w przeciwieństwie do mojego kolegi mam wystarczająco dużo lat, żeby pamiętać pana z występów na boisku. Zwłaszcza z jednego, bo niedługo będzie okrągła rocznica.

Rocznica czego?

Niedługo minie 30 lat od dnia, gdy strzelił Pan Polsce dwa gole w eliminacjach Euro 88.

Nie wy pierwsi przypominacie mi ten mecz. Tyle, że ja kompletnie go nie pamiętam. Serio. Czy to było w Warszawie?

Nie, w Zabrzu. Zresztą nieważnie, bo my pamiętamy. Pół Polski pana za to znienawidziło… Ale wszystko wybaczyliśmy po tym, jak strzelił pan Rosjanom gola w finale tamtych mistrzostw Europy. Dla nas to było coś.

(śmiech) Słyszałem, że spodobało wam się również nasze półfinałowe zwycięstwo nad Niemcami.

Zdecydowanie, był pan naszym bohaterem. Cała wasza reprezentacja była.

Bardzo mi miło. (śmiech) A tak poważnie, to dla nas też było to coś znaczącego. Wcześniej my, Holendrzy, potrafiliśmy grać fantastyczną piłkę, ale na koniec zawsze brakowało nam tego ostatniego kroku, w postaci końcowego zwycięstwa. Tym razem się udało, choć nie było łatwo. Wspominam o tym zresztą w swojej książce.


© JOHANNES EISELE AFP/EAST NEWS

Ruud z żoną, 2015 rok

Tu ciśnie się na usta oczywiste pytanie. Co skłoniło pana do jej napisania?

Wiele razy byłem gościem w programach telewizyjnych o piłce. Każdy ma tam własne zdanie na każdy temat i z pewnego punktu widzenia każdy ma rację. Chciałem przelać na papier moje opinie. Jak postrzegam piłkę nożną, a patrzę trochę inaczej, niż inni.

To znaczy?

Ludzie zazwyczaj koncentrują się na piłce, wskazują palcem i mówią: "On popełnił błąd, powinien zrobić to inaczej". Ja mówię: "a może to nie był jego błąd, może obrońca próbował naprawiać błąd kolegi i był przez to źle ustawiony. A może napastnik zbyt późno dostał piłkę, bo ktoś się zawahał". Nadtytuł tej książki powinien brzmieć: "Nie patrz tylko na piłkę".

Jak bardzo przez te 30 lat zmieniła się piłka nożna?

Jest bardziej atletyczna, zawodnicy mają lepszy sprzęt, nawet piłki są inne. Coś jeszcze? Jedyne, co się zmieniło, to właśnie przygotowanie fizyczne piłkarzy. Sprzęt za moich czasów był już na tyle zaawansowany technologicznie, że nie uważam, aby ten aspekt dawał współczesnym gwiazdom aż tak dużą przewagę nad nami. Ten ich atletyzm sprawia, że gra jest dziś szybsza, niż kiedyś - to na pewno. Poza tym nie ma jednak wielkich różnic. Taktyka, intuicja, motywacja - to się nie zmieniło. W Atletico Madryt Diego Simeone korzysta z dorobku Arrigo Sacchiego i mojego AC Milan. Barcelona jest wierna filozofii gry zaszczepionej przez Johana Cruyffa.

W książce pisze pan, że wy Holendrzy byliście pionierami, wizjonerami. Wyznaczaliście nowe szlaki w piłce. Widzi pan kogoś takiego dzisiaj?

Trudno być w dzisiejszych czasach wizjonerem. Nawet my Holendrzy mamy z tym problem. Mamy niby dobrych piłkarzy, ale nie przekłada się to ostatnio na wyniki naszej reprezentacji. Czegoś brakuje.


Sześć, siedem lat temu takim wizjonerem był Pep Guardiola...

Ale ostatnio nawet on ma problemy. Zakończył sezon z pustymi rękoma.

Ma pan teorię na ten temat?

Powiem tak, jeśli zaczynasz pracę jako trener i na dzień dobry dostajesz do prowadzenia najlepszą drużynę świata, to nietrudno zapracować na miano wizjonera. To Franck Rijkaard zbudował tamten zespół, to za jego kadencji zadebiutował w Barcelonie Leo Messi.
Potem Pep poszedł pracować do Bayernu Monachium i znów dostał jedną z najlepszych drużyn na świecie, bezkonkurencyjną w swojej lidze i sportowo, i finansowo. A teraz prowadzi Manchester City, który jest jednym z najlepszych klubów w Anglii, ale nie najlepszym. W Premier League jest pięć klubów, które co roku mogą bić się o mistrzostwo Anglii. Prowadzi je w dodatku pięciu najlepszych trenerów na świecie.

Pięciu?

No tak: Guardiola, Mourinho, Klopp, Conte, Wenger.

O tym ostatnim zdania są podzielone.

Bzdura, to jeden z najlepszych, nawet jeśli Arsenal zaliczył właśnie najgorszy sezon za jego kadencji. Guardiola znalazł się w sytuacji, w jakiej jeszcze nie był - ma konkurencję na krajowym podwórku, i to mocną. Teraz dopiero zobaczymy, co Pep zrobi z tym w następnym sezonie, jak zestawi skład, jakich piłkarzy kupi, jakich sprzeda. Kiedy prowadzisz najlepszy zespół, możesz zrobić, co zechcesz, ale kiedy nie - to dopiero jest wyzwanie. Guardiola i tak ma dobrze, bo prowadzi Manchester City, a nie Stoke (śmiech). I żeby nie było - ja wciąż uważam Pepa za wielkiego trenera, ale w tym zawodzie jesteś tak dobry, jak materiał, z którego tworzysz. Możesz mieć dobre pomysły, ale nic nie zdziałasz, jeśli nie będziesz miał graczy, którzy je zrealizują.

W książce pisze pan, że taktyka powinna pasować do możliwości piłkarzy. U Guardioli jest chyba odwrotnie - to piłkarze muszą pasować do jego taktycznych pomysłów.

Wiem o tym, efekty takiego myślenia właśnie oglądamy. Jeśli nie masz odpowiednich piłkarzy, to musisz ich ściągnąć. Guardiola właśnie tak zrobił: kupił Johna Stonesa, Claudio Bravo.

Jest pan złośliwy, czy tylko nam się wydaje?

Może trochę. (śmiech) Faktem jest jednak, że dostał graczy, o jakich poprosił. Nie zrealizował jednak celu. Jeśli ktoś spyta mnie, czy Manchester City gra ładny dla oka futbol, to powiem, że zdecydowanie tak. Jeśli ktoś spyta, czy uważam Guardiolę za dobrego trenera, to znów powiem tak. To fantastyczny trener. Ale nie ma piłkarzy, choć brzmi to trochę absurdalnie, bo mówimy o zespole posiadającym takie gwiazdy, jak Aguero, Silva czy De Bruyne.

W książce wspomina pan również o Jose Mourinho. Pisze pan, że myśląc o nim balansuje pomiędzy miłością a nienawiścią.

Tak właśnie jest. Chodzi mi nie tylko o jego różne wybryki, ale również o sposób prowadzenia drużyn, które trenuje. Z jednej strony jest mistrzem w tym, co robi, z drugiej jednak mógłby być bardziej… odważny. Gdy po raz drugi wrócił do Chelsea, przez pierwszą część sezonu The Blues grali fantastyczną piłkę, w drugiej wszystko sprowadzało się do schematu: prowadzimy 1:0, to na boisko wchodzi Zouma (środkowy obrońca - red.). To cały Mourinho - nie można podważać jego klasy, bo przemawiają za nim wyniki…

To prawda, ale…

No właśnie (śmiech). W jego przypadku zawsze jest jakieś „ale”. Z jednej strony wizja Mourinho przyniosła mu wiele sukcesów. Z drugiej jednak, jeśli prowadzisz Real Madryt albo Manchester United, to musisz liczyć się z kibicami, którzy chcą oglądać atrakcyjną piłkę. Inna sprawa, że oni są tam trochę zepsuci sukcesami. (śmiech)


© BARTEK SYTA / POLSKA PRESS

Robert Lewandowski z polską reprezentacją

Jesteśmy z Polski, więc nie możemy nie zapytać na koniec: czy Real Madryt byłby dobrym miejscem dla Roberta Lewandowskiego?

Tak, ale myślę, że jeszcze lepszym jest Bayern. To jeden z najlepszych klubów na świecie. Dominuje w lidze, w ostatnich latach wygrał Ligę Mistrzów i był bliski powtórzenia tego wyczynu. A Lewandowski jest centralną postacią zespołu.

To prawda, ale niektórzy mówią, że jeśli chce zdobyć kiedyś Złotą Piłkę, to powinien zamienić Bayern na Real, bo to klub o większym potencjale marketingowym.

Dajcie spokój, Bayern to fantastyczny zespół, a Wasz rodak strzela tam masę bramek. W ostatnim sezonie zdobył trzydzieści, o ile pamiętam. Nie widzę powodu, dla którego miałby iść do Realu. Z Bayernem jest w stanie zrealizować wszystkie swoje cele.


Co pan sądzi o nowych technologiach w piłce: systemach Goal-line i VAR (ang. Video Assistant Referee)?

Goal-line jest fantastyczny, mam jednak mieszane uczucia co do VAR. Każdy z nas, jak tu siedzimy, może inaczej zinterpretować np. podyktowanie rzutu karnego. Zastanawiać się, czy ten faul był przypadkowy, czy umyślny, a może wcale nie było faulu, tylko napastnik zanurkował. Ja sam grałem w piłkę, więc zazwyczaj nie potrzebuję nawet powtórek, ale co z całą resztą? Każdy z Was mógłby mieć inne zdanie na ten temat. Facet, który będzie oglądał wideo również.

Czyli pana zdaniem dostaniemy po prostu kolejną opinię, nie stuprocentową pewność?

Dokładnie tak. Na sto procent to można być pewnym tylko tego, czy był spalony, w innych sytuacjach trzeba interpretować i to może być bardzo trudne dla osoby oglądającej powtórkę. Wyobraźcie sobie, pod jaką znajdzie się presją. Ja rozumiem oczywiście, że technologia ma pomóc sędziom, ale czasem nawet technologia zawodzi, Weźmy choćby ostatni finał Pucharu Anglii i gol Sancheza. Oglądając powtórki z wielu kamer można zauważyć, że tam była piłka ręczna, ale na początku nikt tego nie zobaczył, była tylko dyskusja o domniemanym spalonym Ramseya. Dopiero po meczu zaczęło się gadanie. Tak na koniec - pół żartem, pół serio - powiem, że na szczęście na Euro 88 nie było VAR.

Dlaczego?

Bo gola Irlandii strzeliliśmy ze spalonego, a w półfinale z Niemcami karny dla nas był prezentem od sędziego. (śmiech)

Rozmawiał Hubert Zdankiewicz (AIP)
Zdjęcie główne: AFP PHOTO / Fabrice COFFRINI/ East News

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!