Autor: Marcin Śpiewakowski

2017-06-09, Aktualizacja: 2017-06-09 10:06

Wojciech Chmielarz: Wciąż nie mamy polskiego Dana Browna

O tym, co wyróżnia rodzimy kryminał, o deficycie sprawiedliwości w polskim społeczeństwie i o problemie z kultem skandynawskich pisarzy rozmawiamy z Wojciechem Chmielarzem, autorem świetnie przyjętej przez krytykę i czytelników powieści kryminalnej "Zombie".

Wojciech Chmielarz (ur. 1984) – publikował m.in. w „Pulsie Biznesu”, „Pressie”, „Nowej Fantastyce”, „Pocisku” i „Polityce”. Jest autorem czterech książek z serii kryminałów o komisarzu Mortce oraz dwóch powieści kryminalnych osadzonych w Gliwicach: "Wampir" i wydane w maju 2017 r. "Zombie". Pięciokrotnie nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru, nagrodę tę otrzymał w 2015 roku za powieść "Przejęcie". W przygotowaniu jest film fabularny na podstawie jego drugiej książki "Farma lalek".

Najnowsza książka Chmielarza to opowieść o najgorszym prywatnym detektywie w Polsce, Dawidzie Wolskim, który próbuje wytropić tajemniczego "Korsarza", mszczącego się na tych, którzy dwadzieścia lat wcześniej przyczynili się do jego śmierci. W "Zombie" pytanie - "czy to w ogóle możliwe?" - zadaje sobie nie tylko czytelnik, ale też bohaterowie historii.

© Wydawnictwo Czarne


Powiedziałbyś, że polski kryminał ma jakieś cechy charakterystyczne, które nas wyróżniają na tle światowej literatury?

Zastanawialiśmy się nad tym ostatnio z innymi pisarzami i chyba nie. Może trzeba nas definiować przez to, czego nam brakuje? W Polsce na przykład – niestety – nie występuje prawie w ogóle literatura sensacyjna. A to dlatego, że solidna sensacja potrzebuje przestrzeni. Pamiętam książkę Lee Childa, w której bohater wsiada do samochodu i jedzie przez dwa dni przez Stany, bodajże do Chicago. Przez te dwa dni dzieje się wiele rzeczy. Do czego zmierzam – w Polsce, gdyby bohater jechał gdzieś przez dwa dni, to dojechałby z Zakopanego do Sopotu i z powrotem. A może nawet zacząłby drugą turę. Nie ma miejsca na taką fabułę. Do tego musi być wielka stawka, a jaka może być wiarygodna stawka w Polsce? O co może chodzić? U Childa zawsze stawką jest wielki spisek terrorystyczny, który zagraża, jeśli nie całemu światu, to setkom tysięcy ludzi. Trudno sobie wyobrazić taką historię w Polsce – a jeszcze trudniej przekonać czytelnika, żeby w to uwierzył.
Wciąż nie mamy polskiego Dana Browna. Chociaż pojawiła się niedawno pierwsza bodajże jaskółka, czyli "444" Macieja Siembiedy.

Mam wrażenie, że gdyby ktoś wyrabiał sobie opinię na temat Polski na podstawie kryminałów, zobaczyłby głównie – rozumianą w pewnym cudzysłowie – prowincję.

Tak, wielka sitwa w małym miasteczku. Mówię to z lekkim przekąsem, ale sam takie rzeczy pisałem. To jest bliskie czytelnikowi i łatwiej mu w to uwierzyć. Z jednej strony dlatego, że sam to widzi na co dzień, z drugiej – polska literatura karmi nas takimi obrazami już od „Siłaczki”, gdzie funkcjonowała sitwa złożona z aptekarza, księdza, naczelnika poczty i sędziego. Można sięgnąć nawet wcześniej, do Pana, Wójta i Plebana. Instynktownie czujemy ten klimat i łatwiej uwierzyć nam w te historie.

Kryminał ma dwa podstawowe toposy, jeśli chodzi o lokalizację. Topos małego miasteczka i topos wielkiego miasta, gdzie są wielkie pieniądze, piękne kobiety, gangsterzy, politycy, duże interesy. Ile masz miast w Polsce, gdzie możesz wiarygodnie zbudować taką opowieść? Jest Warszawa i parę miast, gdzie może by się to udało: Trójmiasto, Śląsk, Poznań, Wrocław. To jest chyba wszystko.

Chciałoby się powiedzieć, że w takim razie może to te dwie rzeczy wyróżniają polski kryminał.

Może masz rację. Może najbardziej polskim elementem kryminału jest to, że bohater non stop zderza się z jakimś układem. Chociaż nawet nie – z układzikami. Gdyby to był układ, mielibyśmy wielką powieść sensacyjną. Tu mamy małe, śmieszne układziki, które wynikają z małych interesów małych ludzi.

Czy to, co zrobił niedawno Remigiusz Mróz, wydając trzy książki pod skandynawsko brzmiącym pseudonimem, jest w jakiś sposób symptomatyczne? Polscy autorzy cierpią na popularności literatury z północy?

Wydaje mi się, że jego książki wydane pod nazwiskiem Ove Løgmansbø wcale nie były wielkim sukcesem komercyjnym w skali rynku. Paradoksalnie szał na te książki zaczął się dopiero wtedy, kiedy można już było na okładkę dać naklejkę z nazwiskiem Remigiusz Mróz. Chociaż faktycznie, jest w Polsce pewien problem ze skandynawskim kryminałem, bo Skandynawowie wbrew pozorom wcale nie są teraz tacy mocni. Jest parę nazwisk, które zrobiły rewolucję, na przykład: Larsson, Mankell, Nesbø, Nesser, teraz jeszcze Ahnhem – ale reszta odstaje. Zasługują najwyżej na wzruszenie ramionami, bo tam nie ma nic ciekawego.

Skandynawski kryminał przyczynił się do popularności gatunku, ale jednocześnie go popsuł?

Problem polega na tym, że zamiast inwestować w autorów z Polski albo z innych ciekawych krajów, wszyscy kupują tych cholernych Skandynawów. Cały czas dostajemy tych samych autorów, którzy piszą to samo w taki sam sposób.
Jo Nesbø, który jest obecnie najlepszym autorem kryminałów na świecie, cały czas pisze to samo. Tam nie ma jakościowej zmiany. Żeby była jasność – on już nie musi, bo swoje dla gatunku zrobił. Co nie zmienia faktu, że chciałbym przeczytać kryminał autora o zupełnie innej wrażliwości, z zupełnie inną historią.

Jadę niedługo na festiwal kryminału we Francji w związku z przekładami moich książek. Tam lista gości obejmuje cały świat: jest bardzo mocna reprezentacja latynoska i afrykańska, podczas gdy w Polsce arabski kryminał ukazał się może jeden. Kiedy patrzę, jak dużo dzieje się w światowym kryminale, jestem cholernie ciekawy, jaki kryminał napisałby autor z Nigerii. Jaką historię kryminalną tworzy Irakijczyk? O czym pisze?

A u nas ciągle Norwegia i Szwecja.

Tak, cały czas te same motywy. Społeczeństwo w kryzysie. Co z tradycyjnym szwedzkim domem? Jak się asymilują imigranci – z jednej strony tak sobie, a z drugiej strony rasizm… Cały czas wałkowanie tych samych tematów. To są oczywiście ważne tematy, ale pokażcie nam wreszcie coś nowego! Dlatego mam pewne obawy o przyszłość kryminału w Polsce.

© Wydawnictwo Czarne


Z drugiej strony mamy w Polsce bardzo żyzny grunt pod kryminały. Myślę, że idealnym dowodem jest to, co się działo przez ostatnie tygodnie po tym, jak Magda Żuk zginęła w Egipcie. W Internecie powstawały całe grupy dyskusyjne, w których dziesiątki tysięcy ludzi żyły wielkim śledztwem.

Kryminał z definicji jest fantazją, której potrzebujemy jako społeczeństwo. To fantazja na temat tego, że jeśli ktoś zrobi coś złego, to zostanie za to ukarany. Niezależnie od tego, jak bardzo będzie sprytny, to i tak na końcu dzielny policjant go złapie. Oczywiście są wyjątki od tej zasady, ale generalnie ogromna większość kryminałów kończy się tym, że złemu człowiekowi dzieją się złe rzeczy. Potrzebujemy takiej fantazji, żeby skompensować sobie to, co dzieje się w rzeczywistości.

Polskie społeczeństwo ma deficyt sprawiedliwości?

Oczywiście. Nikt nie wie, co stało się z Iwoną Wieczorek, łącznie z jej matką. W Warszawie jest wielka afera reprywatyzacyjna, która dotknęła setki osób, a nieporównywalnie więcej zbulwersowała. Pani Jolanta Brzeska zginęła w tragicznych okolicznościach i nikt nie został za to ukarany. Póki co, bo może to się po ostatnich wydarzeniach zmieni. Takich historii jest w Polsce dużo, dużo więcej. Można ich wysłuchać w każdym mieście. Na tle świata nie jest oczywiście tragicznie, bo jesteśmy cywilizowanym krajem pierwszego świata, ale wciąż potrzebujemy takich fantazji o sprawiedliwości.

Podczas zbierania informacji do książek musisz trafiać na dziesiątki takich nierozwiązanych spraw.

Byłem ostatnio na spotkaniu w Opolu i przy okazji tego spotkania usłyszałem kilka takich historii, że mi uszy zwiędły. Wszystkie prawdziwe, z tamtych okolic. Historie, które nie przebiły się do ogólnopolskich mediów, chociaż pod kątem brutalności niczego im nie brakowało. I kiedy słuchasz o takich rzeczach, faktycznie zaczynasz się trochę rozglądać wokół sobie. Skoro mogło się to wydarzyć w Opolu, to może spotkać też ciebie.

Można pisać kryminały i nie stać się po drodze cynicznym człowiekiem?

Wydaje mi się, że nie można. Ja mam dodatkowe skrzywienie z mojej poprzedniej pracy. Zajmowałem się „białym wywiadem”, czyli na podstawie ogólnodostępnych danych, zbierałem informacje na temat różnych podmiotów gospodarczych i osób, żeby sprawdzić, czy są uczciwi. Na Zachodzie jest to dosyć klasyczna procedura: kiedy jakaś firma przymierza się do dużej transakcji biznesowej, sprawdza partnera, czy nie ma żadnych trupów w szafie. Pracowałem tam dużo z ludźmi, którzy byli byłymi policjantami czy pracownikami służb i dowiedziałem się od nich, co myślą o swoich poprzednich miejscach pracy. Widziałem też parę tak bezczelnych przekrętów, że się w pale nie mieści, które uszły na sucho. Więc tak, mam zdrowy sceptycyzm do świata.

Nie kusi Cię, żeby książką zaspokoić własne poczucie sprawiedliwości?

Nie trafiłem jeszcze na taką historię. Tu trzeba też rozróżnić dwie sprawy. Jeśli masz bulwersującą historię – w moim przypadku byłaby to sprawa pani Jolanty Brzeskiej – to czasami fajnie jest pofantazjować o świecie, w którym sprawcy zostają znalezieni i ukarani. Jestem w stanie to zrozumieć. Z drugiej strony są takie przypadki, kiedy w książce autor ewidentnie leczy własne kompleksy i wyobraża sobie samego siebie jako nieposkromionego herosa, który pokonuje hordy wrogów. A to już jest żenujące.

© Wydawnictwo Czarne


Etgar Keret mówił niedawno w wywiadzie, że kiedy jakiś chłopak bije jego syna, powściąga emocje i pacyfikuje sytuację słowami. Potem wraca do domu i pisze o tym opowiadanie, bo w opowiadaniu może bezkarnie kopnąć i zapytać: „Jak się teraz czujesz, gnojku?”.

Jeśli kompensujesz sobie swoje braki w rzeczywistości wyobrażonymi sytuacjami w książce, to prawie zawsze wychodzi to źle. Akurat Keret pisze na tyle groteskowe historie, że w tych opowiadaniach tylko się wkopuje w jeszcze bardziej żenujące sytuacje. Natomiast pisząc w ten sposób kryminał, który z założenia musi być realistyczny i jest opowieścią o twardych mężczyznach, którzy załatwiają bandziorów, bardzo łatwo popaść w śmieszność.

Dlatego też uważam, że swoich bohaterów trzeba nie lubić. Jeśli za bardzo ich lubisz, to za bardzo idziesz im na rękę, a wtedy robią się zbyt wspaniali, zbyt fajni. Dopiero kiedy naprawdę ich nie lubisz, możesz im ściągać kłopoty na głowę i rzucać kłody pod nogi – i to jest fajna sytuacja, zarówno dla autora, jak i dla czytelnika.


Stąd się wzięli w kryminałach ci wszyscy połamani przez los bohaterowie, koniecznie ze skazą?

Swojego czasu była taka moda, że wszyscy bohaterowie byli tworzeni według jednej sztancy. Mężczyzna, rozwiedziony, najlepiej alkoholik, z ciekawym hobby. Plus mroczny sekret z przeszłości. Takich postaci było mnóstwo. W kontrze do tego stworzyłem Jakuba Mortkę, który jest bohaterem bardzo nudnym. Trudno powiedzieć o nim coś więcej niż to, że jest policjantem.

Nie wydawało Ci się to wtedy ryzykowne?

Prowadzę teraz kursy pisania. Rozmawiam z ludźmi o tworzeniu bohatera i przekazuję im pewne podstawowe zasady i wskazówki, które wypracowałem przez lata czytania i pisania kryminałów. Zawsze kończę stwierdzając, że gdybym przestrzegał tych zasad, to Mortka nigdy by nie powstał. Wtedy nie czułem, że to ryzykowne, bo potrzebowałem takiego bohatera. Oszalałbym, gdybym musiał tworzyć kolejną postać, który ma skazę i ciekawe hobby. Bo jeszcze wtedy była taka moda w polskim kryminale: powstawali bohaterowie, którzy świetnie się znali na polskiej muzyce rozrywkowej, tacy, co po godzinach byli kucharzami… Absurdalne historie.

Kryminał musi się rozwijać. Gdybyśmy się nie rozwijali, po dziś dzień czytalibyśmy wariacje opowiadań o Sherlocku Holmesie i klasyki angielskiej spod znaku Agathy Christie.
Która – o czym zresztą mało kto wie – była wielką rewolucjonistką, a swoją popularność zbudowała na łamaniu wszystkich zasad, które gatunek do tej pory wyznaczał. Jeśli nie będziemy się rozwijać, boom na kryminały skończy się szybciej niż się spodziewamy.

Rozmawiał Marcin Śpiewakowski, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: Anna Juszkiewicz

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

fan (gość)

dana browna moze i nie ma ale jest np pan samochodzik, ktory rozwiazuje podobne zagadki, a te tomy o nim autorstwa Pilipiuka sa calkiem niezle